D’Arco – relacja Prezesa październik 2021

INWOKACJA
Urząd prezesa Klubu to nie tylko obowiązki, ale i prawa. Prawo do wspinania 🙂.
Słysząc zewsząd informacje o kolejnych sukcesach kolegów i koleżanek klubowych postanowiłem się zmobilizować i przystałem na propozycję Darka wyjazdu do Arco, czyli w skrócie D’Arco.
RELACJA
Przyjemne wspinanko w przyjemnej temperaturze oraz w przyjemnych okolicznościach przyrody. Czego chcieć więcej?
Skład osobowy – Andrzej , Kasia , Darek, Krzysiek.
Wyjazd w piątek koło 14-ej, droga poszła nam sprawnie i około północy zameldowaliśmy się w noclegowni. Dodam, że ta północ będzie nas prześladować, ale o tym później…
Darek zarezerwował nam apartament otwierany na tajny kod, więc nie było problemu z wejściem o tej porze. Dobre rozpoznanie terenu procentuje 🙂.
Następnego, a właściwie tego samego dnia, bo jeszcze chwilę posiedzieliśmy przy herbatce, planowaliśmy rozruchowe wspinanie.
Sobota
Wstawanie szło nam opornie, więc pod ścianą Parete de Limaro byliśmy dopiero około 10-ej.
Darek z Krzyśkiem ambitnie zaatakowali drogę tradową „Via Il sole di David e Michelangelo” o wycenie VII-, ja z Kasią zacząłem od sportowo obitej „Via Amazzonii” (6a / A0 5b).
Zacząłem, a raczej zaczynałem, bo przed nami stało już 6 zespołów, więc trzeba było poczekać. I tak czekaliśmy i czekaliśmy i kiedy się w końcu doczekaliśmy, to Darek z Krzyśkiem kończyli drugi wyciąg.
Sama droga była bardzo przyjemna, nie licząc oczekiwania na poprzedzające nas zespoły na każdym ze stanów. Trudności zasadniczo nie było, z wyjątkiem szóstkowego miejsce na siódmym wyciągu, które było dosyć wymagające – trawers po ubogo rzeźbionej płytce, bez dobrych chwytów, ale za to bez dobrych stopni 😉. Zrobiłem je na czysto, ale wymagało to trochę napięcia.
Prawdziwe atrakcje pojawiły się jednak podczas szczytowania. Spity wyprowadziły mnie prosto w górę i nie zauważyłem ścieżki trawersującej zbocze w kierunku drogi podejściowo-zejściowej.
Gałęziami, trawami i kruszyznami dotarłem do drzewa, na którym, po raz pierwszy w życiu, założyłem stanowisko angielskie. Nie dla przyjemności je założyłem, oj nie…
Skończyły mi się taśmy, repy itd. Dobrze że kiedyś oglądałem demonstrację takiego stanowiska na youtoube, moje może nie było najpiękniejsze, ale w tym momencie było najlepszym na co mogłem sobie pozwolić. Można powiedzieć, że to stanowisko było tak angielskie jak angielski jest mój angielski, ale nie wiem czy to co napisałem w tym zdaniu będzie jasne dla kogoś poza mną…
Chwilę później usłyszałem głosy Krzyśka i Darka, którzy uświadomili mnie, że powinienem być w innym miejscu. Przetrawersowałem parchate zbocze w kierunku z którego dochodziły głosy. Kasia po chwili dołączyła do mnie.
Słońce dawno ukryło się za horyzontem,
W apartamencie wylądowaliśmy koło 20-ej, całkiem niezły czas jak na drogę, która miała zająć niecałe 3h 😃.
Niedziela
Nastepnego dnia zrobilem pobudkę w klasycznym stylu „trzy minuty do wyjścia” o 7-ej 🙂. Tak, tym razem chcieliśmy uniknac stania w kolejkach na stanach…
W nagrodę nastaliśmy się w korku na trasie (zawody motocrossowe), w efekcie start do drogi znowu był o 10-ej, tym razem, na szczęście, nikogo przed nami nie było.
Wybór na dziś „Via Il gran diedro” VI- na Due Laghi, czyli „nienajmniejsze zaciątko” – w wolnym tłumaczeniu. Darek wybrał drogę obok – „Via Due Spigoli” (VI+, A0).
Nasza droga była trudniejsza niż ta z dnia poprzedniego, ale było to fajne, trzymające poziom wspinanie tradowe.
Sama droga przebiega głównie w płyto-zacięciu, prawa noga pracuje najczęściej na płycie, a lewa czasami się zacina 😉. Jeden z wyciągów przechodzi małym przewieszeniem po kruszyźnie i wyprowadza na przyjemne V+ wspinanie w połogiej płycie, tym razem bez zacięcia. Chwyty dobre, miejsca nieasekurowalne wyposażone w haki, w pozostałych miejscach świetnie siadały małe friendy i kości. Czułem się na tej drodze dobrze, Kasia też była usatysfakcjonowana wspinaniem 🙂.
Tymczasem zespół Darkowo-Krzyśkowy postanowił skontrolować jak nam idzie i Krzysiek, zamiast skręcić mocno w lewo na jednym z wyciągów, wszedł w naszą linię, w ten sposób spotkaliśmy się na stanowisku z drzewa na ostatnim wyciągu. Darek poszedł prowadzić wyciąg, a Krzysiek zestresowany trochę sytuacją powiedział tylko „Darek musi być na mnie mocno wkurzony, bo nawet nie przeklinał 😉” – przy czym słowa „wkurzony” i „nie przeklinał” brzmiały inaczej w oryginale…
Chwilę później i my urobiliśmy ten ostatni, raczej łatwy wyciąg i rozpoczęliśmy zejście. O 19-ej byliśmy w apartamencie, chwilę później pochłanialiśmy zasłużony obiad 🙂.
Poniedziałek
Ścianę Parete Zebrate proponowałem Darkowi już na etapie planowania wyjazdu. Myślałem jednak o płytowym wspinaniu na jednej z obitych dróg.
Ostatecznie trafiliśmy na kolejną tradówkę na tej ścianie.
Już od początku coś nie szło, najpierw wbiłem się w ospitowany kawałek innej drogi (do dzisiaj nie udało się jej znależć na żadnym topo). Stwierdziwszy subiektywnie, że trudności odbiegają od startowego IV+ z topo zrobiłem elegancki wycof z drugiego spita. Na moje oko początek był mocno szóstkowy. Okazało się, że powinienem pójść bardziej z prawej strony i tam rzeczywiście trudności odpowiadały opisowi.
Szybko osiągnąłem pierwszy stan i zaczęło się…
Nad głową wyciąg VI, według niektórych wycen nawet więcej, z możliwością A0 po serii haków. Nie byłem w stanie tego urobić, bardzo ciągowe i trzymające. Haki się przydały i od jednego do drugiego jakoś przeszedłem, ale czułem że coś zbyt opornie to idzie. Kolejny wyciąg łatwy, asekuracja ładnie siadała. Następny znowu musiałem przeazerować, brakowało siły, nie byłem w stanie utrzymać nawet w miarę dobrych chwytów na czas potrzebny do zalożenia asekuracji. Zmęczenie wyraźnie postępowało. Zrobiłem chyba 6 wyciągów i na nastepnym totalnie opadłem z sił. Wychodziłem kawałek do góry oglądając miejsce na asekurację, schodziłem, obciążałem przelot poniżej i odpoczywałem, przygotowywałem kość, czy frienda i robiłem drugą próbę i tak dalej. Już było późno, a w takim tempie nie skończyłbym do północy… (nawiasem mówiąc i tak nie skończyłem, ale o tym za chwilę…).
Darkowo-Krzyśkowa droga spotykała się z naszą (tym razem zgodnie z planem) na kolejnym stanowisku. Darek widząc moją niemoc zaproponował pomoc – nie odmówiłem. Przypiąłem się do liny spuszczonej przez Darka z góry i w ten sposób „prowadząc” na wędkę doszedłem do stanowiska. Uffffffffff. Chwilę po mnie dotarła Kasia, też wspomagana wyciągarką. Przed nami jeszcze dwa, czy trzy wyciągi po kruszyźnie, nieasekurowalne, ale przynajmniej trójkowo-czwórkowe. Niezniszczalny Darek poprowadził je błyskawicznie, a my po sznureczku za nim.
Ciemno…
Ostatni wyciąg robiliśmy z czołówkami, jedynie Krzysiek postanowił zaufać innym zmysłom niż wzrokowi, czy też zaoszczędzić na bateriach, i szedł „na ślepo”.
Czekało nas jeszcze długie zejście, ale żeby zejść najpierw trzeba było wejść jeszcze wyżej, przetrawersować zbocze, piargi i płyty aby ostatecznie znaleźć się na drodze leśnej.
Dość powiedzieć, że zejście zajęło nam dobre 2h z hakiem.
Dotarliśmy do mieszkania koło 24ej. Obiad zjedliśmy o 1-ej w nocy i wspólnie doszliśmy do wniosku, że wspinania w kolejny dzień, który i tak miał być dniem powrotu, nie będzie.
Parete Zebrate została ochrzczona mianem „Parchata Zebrata”… Jeszcze się z nią policzymy!
Wtorek
Spokojne wstawanie, sprzątanie i wycieczka po Arcońskich sklepach ze szpejem i ciuchami. Potem najlepsze na świecie lody pistacjowe, zakupy na drogę i powrót.
Trasę pokonaliśmy bez większych problemów i w Zielonej zameldowaliśmy się przed północą.
Wnioski
Nie wspinaj się dnia trzeciego, chyba że jesteś Darkiem 🙂
Share: