Mało interesujący dym z virginii – Piotrek luty marzec 2022

Mało interesujący dym z virginii

Mało kogo to dziś interesuje. W zderzeniu z wojenną falą na Ukrainie i całym spektrum jej skutków zapewne nie ma znaczenia. Dla mnie – wprost przeciwnie.

W  trzeci dzień zmagań wojennych za miedzą, wyjeżdżam zintegrować się z klubem. Na „cepeenach” dogasa pierwszy atak paniki i monstrualne kolejki do dystrybutorów. Ceny paliw gwałtownie wzrastają.   Nie zmieniam decyzji nawet pod taką presją. Dopijam kawę z dymem. Dym, oczywiście, z mojej ulubionej golden virginii. Jadę.

W fantastycznym kwartecie (Ania, Klara, Pablo i ja) dojeżdżamy popołudniową porą do narciarskiego miasteczka u podnóża gór. W świeżym, poniekąd górskim powietrzu unosi się weekendowy obłęd narciarski. Amok na parkingach, amok na ulicach. Ludzie z nartami, ludzie z deskami snowboardowymi, ludzie bez nart, ludzie bez desek, narty bez ludzi. Tęcza w goglach. Narciarskie słońce znad horyzontu próbuje przebić się przez gęstwinę cumulonimbusów.

Ania z Klarą zostają na dole, nieopodal stoku. My idziemy dalej. Spotykamy Dorotę z Borysem. Delektujac się kawą, kończą swoją aktywność w tym turnusie – my dopiero zaczynamy.  Przed drogą pokrzepiam się łykiem herbaty z dymem. W virginiowym dymie przebłysk beztroskiego dzieciństwa.

Spędzamy lato u Dziadka, gdzieś na końcu asfaltu, w podleszczyńskiej wsi. Zbieramy uprawiany przez niego tytoń. Najpierw obłamujemy dolne liście. Pierwsze dojrzałe liście podobno przeznaczone zostaną na tańsze, podlejsze mieszanki i papierosy. Tytoniowa „dżungla” wchłania całą naszą dziecięcą fantazję.

Droga do schroniska wydaje mi się przydługa. Aktywują się dwie świeże pocovidowe blizny kondycyjne na pagonach. Do przyspieszonego oddechu przyzwyczajam się szybko, ale pod stretchem buzują mi gejzery niewyczerpalnego potu…  Mam nietolerancję na nadmiar potu. Tuż przed zmierzchem docieramy do schroniska. Nagradzam się dymem z virginii i panoramą. po raz kolejny moje myśli wracają do dzieciństw.

Po zebraniu dolnych liści tytoniu przychodzi czas na liście pośrednie – środkowe, a następnie górne, podobno najlepsze.  Bliżej końca zbiorów, nasz tytoniowa dżungla żałośnie łysieje. Dziecięca fantazja zmienia pokłady swojej aktywności.

Schroniskowy bufet żyje tymczasem swoim dynamicznym bufetowym życiem.

– Gulaszowa!!!

– Piwo! Dwa piwa!

-Gulaszowa i piwo!

– Nigdy więcej z kolarzem i kajakarzem nigdzie się nie wybieram – rejestruję solówkę Krzysia wkraczającego do bufetu na czele skiturowej orkiestry. Sekcja rytmiczna skiturowych butów rozprasza się po bufecie. Wracają dźwięki dynamicznego bufetowego życia.

– Placek z gulaszem!

-Pierogi z mięsem i ruskie!!!

[kto dziś, w trzeci dzień wojny na Ukrainie zamawia ruskie? Ruskie jest passe – takie mam pierwsze skojarzenie zanim zetknę się z setkami memów na ten temat].

Najadamy się, napijamy – wraca energia. Spotkanie ożywa. Dogadujemy niedzielny wspin. Podłechtani szkockim destylatem  (szkockim od szkockich górali – jako wysokogórski klub musimy szukać wysokogórskich trunków), przenosimy się na górę do pokoju. Dyskusja rozszerza się na literaturę, historię i różne inne codzienne tematy. Rozmowy wracają co jakiś czas do walczącej Ukrainy. Od czasu do czasu schodzę przed schronisko na dym. Na dym z virginii, rzecz jasna. Virginia trzyma swój charakterystyczny smak przy ubożejącej panoramce i gasnącym świetle dziennym. Widać ledwo zarysowujący się łamany horyzont, pojedyncze światełka czołówek i rozświetlone miasteczko narciarskie w dole. W oparach dymu pojawiają się koleje „nietutejsze” migawki.

Zebrane liście tytoniu składamy z dbałością na dwukołowym wózku. Napełniony liśćmi wózek ktoś z dorosłych  dorosły ciągnie pod wielki dąb koło stodoły. Tam liście zostaną wyładowane. Zawsze jesteśmy chętni do pomocy w transporcie – ciągniemy, pchamy, cudujemy. Bardziej hamulcowi niż pożyteczni. Jednak wujkowie czy dziadek z godnością znoszą naszą pomoc. Transport zawsze dociera na miejsce.

Wątki dyskusyjne w schroniskowym pokoju nie słabną. W duszy poezja pewnego cenionego artysty „ja bez kolacji nie chcę spać, ja bez kolacji nie chcę spać”. Monstrualnie wielka szynka z puszki, zaserwowana przez Robercika, niknie w trzewiach. Kolejna szklaneczka wysokogórskiej szkockiej rozpływa się po organizmie.  Gubię wątki i błędnik. Czas spać. Krzyś  od dawna z pozycji horyzontalnej przysłuchuje się rozmowie. Kopiuję jego ustawienie, ale w pozycji horyzontalnej gaśnie mi gwałtownie światło, obraz z dżwiękiem zanika.

O poranku wraca dynamika zdarzeń. Obowiązkowa szklanka wody i śniadanie przed kawą (stosunkowo nowy obyczaj). Potem kawa z dymem i poranną panoramą. Dym lekko podgryza pamięć.

Wyładowane pod wielkim dębem koło stodoły liście tytoniu ostrożnie naniziamy na sznurek, układając je przeciwstawnie do siebie. Wiążemy pętle z obu stron i zawieszamy całość na drewnianych poprzeczkach w stodole. Zaczyna się proces długotrwałego suszenia.

Przed zejściem organizm prowadzi do obowiązkowej dwójeczki. Kto czytał „Dolinę Zimnej Wody” ten rozumie. Kto nie czytał, a przeżył to bez poezji Szalonego – też wie i rozumie. Gonimy w dół. Gdzieniegdzie odczuwamy brak sprzętu do sprawnych dupozjazdów.

Na dole szybkie przegrupowanie. Pablo spotyka się jeszcze z Anią i Klarą. W dwa auta jedziemy do Czech, na wyczekane lody. Po drodze, w zacienionych miejscach, mijamy drobniutkie formacje lodowe. Rozważamy możliwości nowego, lodobulderowego wspinania.

Lądujemy w kolejnym narciarskim miasteczku, na wypchanym po same zaspy parkingu. Z braku miejsc, chłopaki czekanami i łopatami lawinowymi wyrąbują nowe miejsce parkingowe.

Rozgrzani  idziemy długą, niemal prostą drogą pod sam lód. W sztywnym bucie i w resztkach oparów wczorajszych dyskusji marszruta dłuży mi się boleśnie.

Parę metrów przed celem spotykamy Darka. Wyspawszy się jak cywilizowany człowiek, dociera na skiturach tuż przed nami. Dzieli się kubkiem herbaty. Łapiąc podany  kubek toczę walkę ze sobą. Każdy czeka na łyk gorącego płynu od Darka, ale moje pragnienie jest najmojsze… Przegrywam walkę wewnętrzną z zasadami koleżeńskiej współegzystencji. Po dwóch drobnych łyczkach pokornie oddaję kubek z niemałą jeszcze ilością parującej herbaty.

Pozostają nam jeszcze dwa szybkie skoki przez pobliską rzeczkę i ostre podejście pod lodową ściankę. Na miejsce i tak docieram mokry – od potu. Nie tylko ja. Krzyś zmienia na miejscu bieliznę. Ja nie podejmuję tego kroku. Powoli dosycham przy kolejnym kubku herbaty i odrobinie dymu. Na mikrosekundę źrenica zawiesi się gdzieś na odległym punkcie.

Liczne i częste zabawy dziecięcych w dziadkowej stodole, pośród suszących się sznurów z tytoniowym liściem utrwalają zapachy i obrazy beztroskiego dzieciństwa. Wiązki światła ledwo przenikają przez szpary drewnianych ścian stodoły. Podkreślane unoszącym się kurzem tworzą fantastyczne widoki, coś jak drabina świętego Jakuba.Z drągów skaczemy na dół, na słomę. Po każdym skoku wchodzimy wyżej, po belki stropowe  Mieszanka zapachów tytoniu, słomy, siana, kurzu i drewna utrwala się jako zapach beztroskiego dzieciństwa.

Wspinanie mamy krótkie, ale treściwe. Lód jest przyjazny, odpowiednio elastyczny. Raki mają nieliczone ilości punktów oparcia. Stopieńki same niosą.  Dzióbki czekana bez trudu znajdują stabilne punkty, niekiedy obywa się bez wbijania.

Robercik podejmuje próbę prowadzenia. Udaną i satysfakcjonującą. Dla pewności pyta czy było ok, jak należy. Zajęty wszak był robotą i emocjami. Było ok. Satysfakcjonujące prowadzenie uczcimy kubkiem herbaty i dymem. Dymem, wiadomo, z virginii.

Wysuszony odpowiednio tytoń nosimy do dziadkowej izby i ściągamy ze sznurków. Kiedy dorosły opiekun wychodzi do stodoły po kolejne partie tytoniu, ogarnia mnie chęć wypróbowania produktu. Zwijam niewielki liść na kształt lichego nibycygara. Przypalam cygorowaty zwitek tlącą się szczapą z pieca. Zachłyśniete  dziecięce pluca natychmiast twykrztuszają niepożądaną substancję. W oczach pojawiają się łzy.Przez oknoi łzy widzę, że dorosły wraca ze stodoły. Szybko w piecu zacieram ślady przwinienia. Wypalane w piecu paprochy i tytoniowe śmieci maskują trochę podjętą próbę.

Wracamy ze wspinania w trójkę. Reszta chłopaków korzysta do samego niemal zmierzchu. Nam spieszy się do domu. Parkingi i ulice miasteczek narciarskich szybko pustoszeją.  Dogasa narciarskie życie, zaczynają pulsować knajpiane alejki… Przed wyjazdem jeszcze szybki dym z virgnii..

i odrobina niepamięci o odjeżdżającym w niewiadomą dal dziadkowym tytoniu…

Kończymy późną niedzielną porą. Niewiele czasu zostaje na niedzielne słowo z Ukochaną i przygotowanie kilku kanapek. Wszak świat się nie skończył. W poniedziałek rano do roboty. Na koniec dnia jeszcze dym z virginii, dym w którym krzyżuje się świat dorosłego z beztroskim dzieciństwem. Ale czy kogoś to dzisiaj interesuje…

Piotrek, luty/marzec 2022 roku

[wykorzystano w dobrej wierze cudze zdjęcie z sieci – z podziękowaniem]

 

 

Share: