Franken na grubym dilu

Postanowienie tegoroczne było proste – zaprzyjaźnić się z mrocznymi lasami frankenjury. W swojej wspinaczkowej „karierze” bardzo mało wspinałem się na franken a przecież jest szybko, blisko, tanio.Frankenjura mnie odpychała często mokro, skała wygląda na mało zachęcająco i to wspinanie niezbyt mi leżące, często ruchy szarpane, chwyty nie odpowiadające moim palcom, gdyż często się nie mieszczą tam gdzie powinny. Nie ma jak narzekać 😛  do rzeczy… w tym roku staram puścić w niepamięć tę myśli, powoli przestawiając na tą skałę zapoznając się z tymi ruchami ale zwracając uwagę aby nie czochrać, nie szarpać… tak, tak przecież płynność się liczy, styl i estetyka.

Dwa szybkie wyjazdy za mną, wniosek :cały czas to wspinanie mnie nie poraża swą urodą, chodź są wyjątki ale trzeba umiejętnie wyszukiwać perełki z pośród całej masy średniej klasy dróg.

Ostatni wyjazd był spod znaku dobrych umiejętności handlowych. Pierwszy wieczór spotykamy kogo? Tima, tego samego faceta co kilka miesięcy wcześniej w Chorro, bardzo inspirująca postać. Rano okazuje się, że z Młodym nie mamy żadnego przyrządu asekuracyjnego hmm… co teraz, na pół-wyblince będziemy asekurować?yyy nie to nie przejdzie. Pierwszy pomysł przecież Tim jest z bratem, on jest instruktorem! a więc mają dużo sprzetu może nam pożyczą chodź na jeden dzień. Po czym Młody dobił targu 2 Euro za kubek asekuracyjny to chyba dobra cena?:D Tego samego dnia po południu idziemy pod Holzgauera i kogo widzę? ekipa z Wrocka,  od razu mówię „dawajcie pokibicujecie będzie większa motywacja i spręż”. Bez wahania ekipa stawiła się pod skałką, asekurant, fotograf, kibice. Zawodnik przywiązany rusza idzie szybko i pewnie wie, że to będzie ostateczne starcie tego dnia bo na więcej prób nie ma siły. Kilka sapnięć, okrzyk i klama restowa jeszcze 1 wpinka, kibice pewni, że zawodnik zrobi a tu nagle słowa „nie mam siły zaraz się spierd…” po czym z dołu słychać „dawaj” chwila grozy zawahania ale udało się opanować sytuacje i wpiąć w zjazdówkę. Wielkie podziękowania za ekipę dopingująco-wspierającą.

Lokalizacja: parking nieopodal Zerberusa. Trzy Polskie samochody zaparkowane koło siebie, kilka osób siedzących na parkingu . Słychać Pana vel Misze mówiącego niezrozumiałe dla norm treści i uspokajająco-kojący głos Bizona, który wspomina o jakimś Panie Boczku.

Lokalizacja: ta sama , czas: 24h później. Zaczyna popadywać, wehikuł Miszy zamienił się w szafę grającą. Pierwszorzędnie wykazała się w tej frankońskiej edycji jakiej to melodii, Kicia która bezkonkurencyjnie wygrała.Kicia oczywiście zawodniczka pochodząca z pięknego miasta Wałbrzycha gdzie każda dzielnica jest cudowna , cicha i czysta.

Lokalizacja: nadal ta sama , czas: pewien wczesny bardzo wczesny ranek. Ostre zamiesznie z moim śpiworem miotam się i głośno mówię ” Ty wiesz co miałem w śpiworze? mysz przy samej twarzy w środku śpiwora, była ruda”

Ostatni dzień na franken był strasznie szlamowaty. Całą noc siąpiło, zawiesina wilgoci w powietrzu i totalna wilgoć na chwytach. Wszyscy udaliśmy się pod Marientalera, gdzie z Misza dobiłem targu kupna podklejonych Miur za magiczna równowartość podklejenia tych, że butów. Młody obserwując, iż pod jedna skała leży lina 3 dzień wziął ją do Polski i tu ogłoszenie:jeśli ktoś zostawił, zapomniał line proszę pisać na 605482227

Share: