Kasia – Frankenjura – Carpe Diem

Nie jestem dobrym pisarzem, tak jak nasz Prezes, mimo 5ki na pisemnej maturze. Kto ma nadzieję na epopeję to go rozczaruję i może już teraz zakończyć czytanie! Będzie to stricte prosty, wspinaczkowy bełkot. Hmmm…albo nawet sam bełkot.

Zacznę od mojej roboczej nazwy wyjazdu, która powstała dla zarządu KWZG i jakimś sposobem wyciekła poza te szeregi, ale jak już poszła w obieg no to wytłumaczę. ” Frankenjura Carpe Diem ” powstała nie przez przypadek. Jest to nazwa drogi, na którą bardzo chciałam wrócić, gdyż w czasie ostatniego pobytu na Franken  próbowałam i prawie udało mi się ją zrobić. No właśnie- prawie bo spadłam z ostatniego wtedy dla mnie trudnego ruchu. Droga Carpe Diem była więc głównym celem mojego wyjazdu/powrotu na Frankenjurę.

Pierwszy termin ustaliliśmy na „bożocielny” weekend, ale niestety z różnych powodów, po kilku modyfikacjach ostatecznie padło na 13-21 czerwca. Termin był, urlopy pozałatwiane, więc pozostało modlić się o dobry warun… a wyglądało na to, że będzie skwar. Zapowiadane prognozy oscylowały w granicach 26-30 stopni. No, dla mnie ciut za dużo, ale Carpe Diem akurat jest w rejonie spokojnie nadającym się na upalne dni. Na szczęście, więc jakby to powiedzieć, wisiało mi czy będzie 28 czy 30 stopni, bo i tak się wstawię bez marudzenia.

Jak to w życiu bywa różne tam sprawy w ostatniej chwili potrafią namieszać i wyszło na to, że zamiast wyjazdu w piątek wieczór 12-go czerwca przez Jelenią Górą gdzie mieliśmy zabrać Kubę, wyruszyliśmy z Zielonej w sobotę 13-go w okolicach 14stej godziny trasą przez Żary (sic!).

Dobra, w końcu jedziemy. Za kierownicą jakże inaczej- Adam plus dwoje pasażerów- Kuba i ja. Po drodze, na autostradzie w okolicy Drezna jakiś 20-30 kilometrowy korek, który po kilkudziesięciu minutach udało się z powodzeniem ominąć i nie musieliśmy stać jak inni po kilka godziny. W Plechu, czyli naszym miejscu

docelowym, byliśmy przed 19. Dosłownie 15-20 minut po nas dojechała Iza odstawiona z wycieczki szkolnej. No to jest ekipa- komplet. Reszta zielonogórzan, czyli Justyna i Andrzej już gdzieś tam błądzili po Franken. Mieliśmy się po przyjeździe spiknąć, ale nie wyszło. Dobrze, że wyszło spanie pod wiatką. Po zakończeniu imprezy przez miejscowych można było na spokojnie się rozkładać. Ja oczywiście w luksusowej jedynce Quechua. Przed snem ustalamy plan na pierwszy dzień wspinaczkowy i idziemy spać.

Wszystkie poranki na Franken wyglądają podobnie. Planowane, szybkie śniadanko i wyjazd pod skały kończą się wyjazdem w okolicy południa. Na spokojnie zatem, bo trzeba logicznie poukładać majdan w bagażniku tym bardziej, że już jest nas czworo i nie da się walnąć jakkolwiek i czegokolwiek koło pasażera.

Na pierwszy dzień wspinu wybraliśmy Castellwand przy Hirschbach. Bardzo ładny rejon z długimi urozmaiconymi pod względem wyceny drogami. Nawet nie wiecie jaka sprawna logistyka musiała panować przy doborze rejonów, żeby każdy miał co robić. Kuba od 9- lub 9 w górę, ja z Adamem- no tak od 8 i ile się da wzwyż (z marzeniami o 9-), ale jeszcze Iza, która dawno nie śmigała z linką więc musiały być i te łatwiejsze dróżki na rozwspin. Jakimś cudem zawsze dochodziliśmy do konsensusu w tej kwestii. Raz jedyny nastąpił podział, ale o tym w swoim czasie. Wracając do wspinania w 1-wszy dzień, okazało się, że część skały gdzie znajdowały się projekty Kuby jest zamknięta, ale coś tam z braku laku dla siebie znalazł.

Na początek musi być coś łatwego, więc jakaś 6stka. Poszłam OS, ale… wyślizgane to i urodą nie grzeszyło. Potem obok jakaś 7- (6.1 w skali Kurtyki). No 7- myślę to lajtowo już przechodzę- a tu szok, trochę przy 2 czy 3 wpince było walki, ale puściła. Iza za to wyluzowana polatała trochę i zostawiłyśmy eksy dla Adama, który już coś tam rzeźbił z Kubą.

W tym czasie Kuba przeszedł 8+(6.3+) OS i Adam wstawiał się na wędkę. No to popatrzę. Jakiś siłowy początek – nie podoba mi się! Ściągnięcie z prawego fakera i lewa do rysy – gdzie ponoć zacieramy palce, noo fajnie! Ok, dalej w podchwyty, jakoś wyglądająca średnio wpina i jak dla mnie trochę daleko, robi się mała przewiecha, wychodzimy siłowo przez bambułkę, potem szybko niby dobre chwyty i na płytę gdzie już „lajtowo” i stan. Dobra, pierdzielę- to ja też na wędę! Już się przywiązałam, buty założone, ręce w magnezji i mam iść, a  chłopaki: Idź z dołem! Zrobisz! Olej wędkę! Myślę sobie „nie no nie dam rady”, słabo to widzę. Dałam się jednak namówić i z dezaprobatą widoczną na mojej twarzy poszłam. Zrobiłam. Na końcu pokrzyczałam na Kubę, że patenty nie dla mnie (sorki Kuba). Zjechałam, bez ochów i achów kończąc słowami, że „to tyle nie ma”, „za łatwo poszło”, „no jak 6.3+ tak se flashem”, „Bez jaj!” a przede wszystkim z nadzieją, że może dobra forma jest i może dlatego tak łatwo. Hmmm, okaże się później jak sprawdzimy. Okazało, że wycena bez zmian, więc mogłam się zacząć cieszyć z nowej życiówki! Dobra prognoza przed Carpe Diem. Jeszcze tego dnia coś tam zrobiłam. Jedna droga do polecenia- Karwazeit 7- (6.1). Świetna ruta. W przewodniku Extreme w opisie są ładne ruchy, ” taniec po skale” czy coś tam i faktycznie wszystko się zgadzało.

Kolejny dzień wspinaliśmy się na Schlosszwergwand i Obere… coś tam coś tam. Miałam na oku pewną drogę za 8 (6.3) na Schlosserei, ale nie poszło. Bardzo bolesne chwyty i błędne podpowiedzi Czechów, których nie mogłam zrozumieć sprawiły, że wkurzona pościągałam ekspresy i pozostawiłam drogę na kiedyś. Aby nie tracić dnia i nie dobijać obolałych trochę palców postanowiłam śmigać na siódemkach i robić metry. Więc Izę puściłam pierwszą, a ja robiłam za czyściciela.

Wieczorem już z Justyną i Andrzejem planowaliśmy koleiny dzień- restowy. Oczywiście założyliśmy spanie do oporu, potem basen, jakieś zakupy i grill. Wszystko poszło zgodnie z planem oprócz…  spania, bo przed 7 przyjechały jakieś ciężkie auta i maszyny do mielenia drzew, masakra.

Codziennie sprawdzaliśmy prognozy, bo wiadomo jak to z prognozami bywa, co chwila się zmieniają. Jakie byłoby zaskoczenie gdyby nie. No i ta cała „lampa” zamieniła się na nadciągający deszcz i kilkanaście stopni. Świetnie- myślę sobie -już jest wtorek, jutro będzie połowa wyjazdu, w czwartek ma niby padać, a potem to niewiadomo. Jutro będę po reście, więc fajnie byłoby się wstawić w Carpe Diem. Chłopaki, okazało się, że mają zupełnie inne plany, więc po dyskusji nastąpił wspomniany podział. Na dwa auta podjechaliśmy pod Christinenwand i tam po życzeniu sobie z Kubą nawzajem „powodzenia” w prowadzeniu projektów chłopaki odjechali w swoim kierunku.

I nastąpił ten dzień. Czas na egzamin. Droga czeka. Szybkie, przyjemnie podejście pod skałę i jesteśmy. Na rozgrzewkę 6stka obok, zjeżdżając na dół przeczyszczenie i przypomnienie chwytów, gdzie i co jest, próba na trudnościach i dupa. Nie robie ruchu, który poprzednio robiłam i nawet nie sięgam do chwytu, idzie mi to jeszcze gorzej niż wtedy, załamka. Ok, ‚nie no weź się w garść!’. Patrzę, no i jest jeszcze jeden chwyt na lewo, który mi wtedy coś nie pasował i go pomijałam, jedna próba i szok. Idzie, jak to Justyna skomentowała „na lajcie”. Dziwny statyczno- dynamiczny w końcówce przechwyt, bo nie wiem jak to nazwać, zamienił się w zwykłe sięgnięcie do chwytu kończącego dla mnie trudność drogi, z którego robiłam drugą wpinkę. No to spoko, chwila odpoczynku, złapałam Izę na innej drodze i czas iść. Andrzej przyszykowany na górze ma robić fotki, a Iza z dołu kręci film i biedna Justyna wystawiona do asekurowania. Będzie dobrze myślę i szybko przypominam sobie co i jak.

Idę i spadam. Wyszłam z 30 cm i zapomniałam o pierwszym przechwycie he he He. Falstart, tego nie było!

Dobra, no to idę. Idzie dobrze, dochodzę do pierwszej bezpiecznej, sprawdzam czy karabinek zakręciłam. Ok zakręcony. Idę dalej, zaczynają się trudności, kilka stęknięć, zmodyfikowane przechwyty i jestem! Mam go! Trzymam! Szybka wpina i lekki uśmiech na twarzy bo wiem, że niby już po trudnościach, ale jeszcze została góra na której mogę się zwalić. Idę dalej i słyszę słowa w głowie ‚jak tu już jestem to zrobię, nie odpuszczę, nie ma mowy…’ Wewnętrzny dialog musi być! Dobra jest rest, za chwilę drugi lepszy i jeszcze słabe wyjście na górę, potem już po klamach i szybko do stanu! Jest, jest, jest!!! Wpineczka i koniec drogi. Zrobiłam! Krzyki z góry i z dołu. Jednak forma jest. Radość. Zostawiłam wędeczkę dla Hrabiego i Izy i jestem na dole. Juppi! Udało się! Szok! Cieszymy się, Justyna zaczyna pokazywać filmik z przejścia i nagle łup! Kawałek oderwanej skały, kamolec koło naszych głów smyrając Andrzeja w kurtkę zostawia białą krechę na materiale. Sekunda i nikogo nie ma pod skałą. Radość zamieniła się w strach i rozglądanie dookoła, a kaski tylko dwa.

Przenieśliśmy się na lewo z dala od strefy obrywu i tam działaliśmy jeszcze chwilę. Resztę dnia spędziliśmy na pobliskim Intensivstation. Miły rejon z fajną bazą noclegową i miejscem gdzie dosłownie można asekurować z tarasu. Tam ja już w siódmym niebie po zakończonym projekcie śmigałam standardowo po 7mkach, ładnych i brzydszych.

Następny dzień zaczął się deszczem… ano jakże inaczej. Chyba przez te wszystkie zabite pająki pchające sie do namiotu. Dobrze, że projekt zrobiony. Szkoda tylko, że plany na spróbowanie 6.4  pokrzyżowane. Tak czy siak, jakoś trzeba zaplanować dzień z nadzieją, że przestanie padać i że może da się jednak wspinać. Mi tam jakoś morale opadły. J&A postanowili podjechać do Norymbergi na bulderownię Cafe Kraft i spotkać Megosa! Bo jak taka paskudna pogoda to może będzie. I był. Miał być autograf do klubowego topo, ale topo zostało z nami. Za to my pojechaliśmy do Betzen do sklepu wspinaczkowego enty raz i enty raz standardowo odwiedziliśmy Mc Donaldsa w celu skorzystania z wi-fi.  Adam i Kuba przedzierali się jeszcze przez mokrą łąkę w celu dotarcia do ściany, gdzie skały okazały się niby „suche”, ale oni juz nie. Ja z Izą wolałyśmy zostać w aucie i pograć w statki. I tak też również uczyniłyśmy pod Marientalerem, kiedy chłopaki poszli sprawdzić suchość skały i chyba była, bo zaginęli na ponad 3 godziny. Potem zrobiłyśmy sobie obiad na parkingu i poszłyśmy po chłopaków. Na górze towarzyszyła im para holenderskich wspinaczy. Jakiś chłopak i znana mi z widzenia z zawodów Pucharu Świata Nikki Van Bergen. Właśnie kończyła drogę, którą na poprzednim wyjedzie zrobił Kuba próbując od dłuższego czasu, a jej zajęło to 2 próby bodajże. Nieźle.

Następnego ranka pogoda optymalna, wiec podjechaliśmy ponownie pod Mariana.  Tego dnia postanowiłam wstawić sie w jakieś 6.3 i padło na upatrzony wcześniej Ammonit. Na rozgrzewkę poszłam szybko 7 OS, nie wiem czemu nie obejrzałam planowanej drogi z góry, ale nic. Pierwsza próba zakończona niepowodzeniem. Wystraszona długim przelotem i niewiedzą jak idzie linia. Blok! Okazało się, że chwyty są ok i mogłam spokojnie iść. Góra trochę dziwna, bo długi trawers do stanu w prawo już kilka metrów nad ostatnią fpinką, ale po klamach. Zjazd na dół, chwila odpoczynku przy asekuracji gdzie zdążyłam już zmarznąć. Druga wstawka już na spokojnie. Wiedząc, co mnie czeka, zakończyłam sukcesem. Droga ładna, ale zbieranie ekspresów koszmar. Spędziliśmy jeszcze tam trochę czasu a wieczorem, po szybkich zakupach w Aldiku zameldowaliśmy się pod Terminatorem i rozpaliliśmy grilla. Dla mnie daniem dnia były faszerowane ziemniaki pieczone w folii, na które ledwo się doczekaliśmy. Nie wspominając już o grillowanej cukinii. Jakoś wszyscy byli padnięci i rekordowo szybko poszli spać. Pogoda była niewiadoma. Zapowiadane opady niestety sie sprawdziły. Rano po dyskusji i mało optymistycznych prognozach na niedziele postanowiliśmy wrócić do domu. W drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze Borowy Jar koło Jeleniej Góry. Odstawiliśmy Kubę do Wojcieszowa i zmęczeni podróżą, udaliśmy się w kierunku Zielonej Góry.

Podsumowując, ogólnie wyjazd był bardzo udany. Jak to zawsze na Franken. Mimo popsutej pogody udało się poprowadzić planowane drogi, a nawet ciut więcej. To chyba na tyle, a co złego to nie ja 🙂

Ważniejsze dla mnie przejścia:

 

CARPE DIEM 8+ (6.3+) RP **

PFUNDIG 8+ (6.3+) Flash

AMMONIT 8 (6.3)  2-go **

DER TEUFEL TRÄGT PRANA  7 (6.1+) OS ***

OBI AT ORBI 7 (6.1+) Flash

SCHNECKE VON LINKS  7 (6.1+) 2-go

KÄRWAZEIT 7- (6.1) OS ***

MOSTER BETTES 7- (6.1) OS

IN A GADDA DA VIDA 7- (6.1) OS

 

Ogólnie 19 dróg na 4 dni wspinania.

* Gwiazdki oznaczają drogi moim zdaniem godne polecenia (1-3).

Kasia Bal

 

 

Kasia Bal 2

 

Galeria:https://www.facebook.com/media/set/?set=a.1174746875884618.1073741848.134224389936877&type=3

 

Share: